Zawsze wydawało mi się, że Japończycy z aparatami to mit. A tu do Zabrza przyjechało kilku i przez kwadrans fotografowali się w różnych konfiguracjach osobowych przy ledwie zasadzonej wiśni.
Podobnie z tymi wymianami wizytówek.
Zawsze wydawało mi się, że Japończycy z aparatami to mit. A tu do Zabrza przyjechało kilku i przez kwadrans fotografowali się w różnych konfiguracjach osobowych przy ledwie zasadzonej wiśni.
Podobnie z tymi wymianami wizytówek.
Rolka w pentaksie czekała na wywołanie przez pół roku. Skończyłem ją w listopadzie, a dopiero kilka dni temu przypomniało mi się, że miałem ją zanieść do zakładu. Po raz kolejny zdjęcia towarzyszące, żadna tam sztuka. Ale jakoś żal mi ich nie pokazać.
Trochę zdjęć Karoliny ze stajni, trochę Wszystkich Świętych na cmentarzy żydowskim w Zabrzu.
W zasadzie zarządził przypadek, że przy schyłkowym zachodzie trafiliśmy na hałdę Fortuna. Karolina nakłoniła mnie, aby wydobyć z bagażnika statyw, rozstawić go i spróbować zrobić panoramę. Oto efekt:
TUTAJ znajdzie pełny hi-res – uwaga, duży plik!
Wiem, wiem. Zaniedbałem. Ale nie tyle z premedytacją, co po prostu przez zduplikowany czynnik braku czasu i braku zdjęć, które bez większego przerażenia chciałbym pokazać.
W międzyczasie wywołałem film, który zrobiłem jakoś zimą. To popularny Kodak Color 200. Do tego doskoanłem też dwa negatywy, które gdzieś mi w międzyczasie zaginęły. Oto efekty.
Swoją drogą rozmyślałem ostatnio nad tym miejsce. Jeśli wystarczy mi sił i cierpliwości, to trochę się tu zmieni.
Historia tych zdjęć jest banalna. Kilka godzin przed Miejską Drogą Krzyżową rozmawiałem z Krzysztofem czy da się na niej zrobić ciekawe zdjęcia. Wyszło, że nie, że to dziki spęd. Kiedy jechałem już na sam przemarsz, zacząłem sam nad tym roztkliwiać i założyłem się sam ze sobą, że spróbuję. Założenie było jedno – dłubiemy tylko E-jedynką. Założenie zderzyło się z rzeczywistością i zapasową baterią zostawioną w domu.
Summa summarum miast ciekawego setu kilku zdjęć, wyszła mi rozlana historia o drewnianym krzyżu w kilku miejscach. Nie mam już siły tego układać, sami wyciągnijcie wnioski i opinie.
Dziś dwie aktualizacje. Pierwsza z portretami. Zdjęcie Irka Dorożańskiego zostało zrobione na zlecenie GŁOSu, jako ilustracja do tekstu. Zdjęcia Patrycji to głębokie archiwum, które ostatnio wpadło mi w ręce.
Byłem wściekły i głodny. Wróć: byłem wkurwiony i głodny. Wziąłem aparat, trzasnąłem drzwiami redakcji i poszedłem na spacer. W ostatnim odruchu wziąłem aparat. Po pół godzinie byłem o wiele bardziej wypoczęty.
A efekty luźnego, nieprzemyślanego naciskania niżej. To takie trochę wyplucie siebie.
Wywołałem dwa filmy, zeskanowałem je. To małe archiwum tego, co działo się między wrześniem a listopadem. Wyprawy na kawę, wyprawy do Dąbrowy, wyprawy do Warszawy. Wyprawy na piwo. I na wódkę.
Płytę ze skanami już połamałem. Ale miniaturki mi jakieś zostały.
To był fajny temat – fajna ekipa aktorów (głównie amatorów) odegrała na ZKWK Guido scenki rodem sprzed trzydziestu lat, kiedy ogłoszono stan wojenny. Poprzebierani, przygotowani i obecni kilkaset metrów pod ziemią. Jak – jak oczywiście zwykle – w za dużym pośpiechu, by móc spokojonie to obrobić.
Na szczęście w sukurs przyszedł Paweł Janicki – za co mu wielkie dzięki! – który zagonił ekipę i pozwolił mi nieco sfingować zdjęcia. Oto rezultaty: