Kategoria: komunikaty

  • szaleństwo w Warszawie, a tu SZYK sprzed lat

    Od wczoraj internet huczy warszawskimi zadymami. A dla mnie to wciąż efekt słabego prawa. Nigdy nikomu nie zabronię prezentować swoich opinii, poglądów czy haseł. Ale na wielu amatorskich nagraniach z zamieszek widać, że do grupy protestujących dołączyło wielu zapalonych piewców agresji, którzy do stolicy pojechali tylko, aby walczyć i bić się.

    Tym samym skomplikowali sprawę nie tylko służbom porządkowym (również nienazbyt świętym), ale i organizatorom legalnego przemarszu. Do tego stopnia splątali , że podjęto decyzję o delegalizacji przemarszu.

    I wtedy zacząłem żałować, że nikt nie strzela ostrą amunicją do najbardziej zażyłych manifestantów, którzy bili przypadkowych ludzi, fotoreporterów czy niszczyli własność.  Nawet jeśli stali się ofiarą prowokacji. Czyli… dali się sprowokować.

    Przypomniało mi się moje stare opowiadanie, które jest poniżej. Trochę się go wstydzę, bo mimo wszystko powstało 5 lub 6 lat temu. Ale jakoś nie umiem się opanować.

    SZYK

    OBYWATELE, PROSZĘ ROZEJŚĆ SIĘ DO DOMÓW W CIĄGU DZIESIĘCIU MINUT. W INNYM PRZYPADKU ZOSTANIECIE ZATRZYMANI PRZEZ SŁUŻBY PORZĄDKOWE.

    Kos poprawił pasek podtrzymujący hełm, który nagle i całkowicie bezpodstawnie zaczął się wrzynać mu w brodę. Zawsze tak się działo, gdy słyszał ten komunikat. Rozejrzał się leniwie po ciężarówce. Każdy z obecnych, identycznie umundurowanych typów patrzył dokładnie tak samo: z nudą, rutyną i… duszoną niepewnością. Niektórzy palili papierosy, inni pogwizdywali pod nosem stare melodie. Kilku rozmawiało cicho, choć ciasnota wewnątrz zabudowy wozu i tak dawała pogłos ich słowom – każdy słyszał wszystkich, a nie słyszał siebie.

    OBYWATELE, PROSZĘ ROZEJŚĆ SIĘ DO DOMÓW W CIĄGU PIĘCIU MINUT. W INNYM PRZYPADKU ZOSTANIECIE ZATRZYMANI PRZEZ SŁUŻBY PORZĄDKOWE.

    Doskonale wiedział, że taki komunikat to pic na wodę. W zawodzie pracował już drugi rok i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jeżeli ktokolwiek słyszał wśród tego tumultu i gniewnych okrzyków te dwa zdania, to już na pewno ich nie słuchał. Szkoda, to mogłoby oszczędzić wiele pracy.

    Na szczęście procedury pół roku wcześniej bardzo się uprościły. Nie musieli zmęczeni po interwencji zawozić jeszcze podejrzanych do jednostki, spisywać każdego z osobna i zamykać. Teraz już było łatwiej. Jedno błogosławieństwo premiera i nagle fundusze, których nie można było znaleźć od wielu lat, znalazły się bez słowa. Pojawiły się nowe etaty. Wystarczyło nagranie. Poza tym dowodem nie musiało już być poświadczenie innych funkcjonariuszy o winie, jak wymagano wcześniej. Z resztą które poświadczenie było prawdziwe – każdy z plutonu mówił to samo: “Tak, to on przypierdolił Bartkowi sztylem od siekiery, panie inspektorze”.

    OBYWATELE, PROSZĘ ROZEJŚĆ SIĘ DO DOMÓW W CIĄGU 90 SEKUND. W INNYM PRZYPADKU ZOSTANIECIE ZATRZYMANI PRZEZ SŁUŻBY PORZĄDKOWE.

    Spojrzał na lewo. Tylko jeden człowiek w wozie nie był spokojny. Młody, ledwo przyszedł po szkoleniu. Pierwsza poważna interwencja, wcześniej tylko tłukli się pałami przy obstawie jakiegoś mieszkania, przygotowywanego  na przeszukania. Przestraszony spojrzał na niego.

    – Pilnuj moich pleców. Spierdolisz – ja cię zapierdolę. Jeśli tylko zdążę przed ludem pracującym miast i wsi – Młody kiwnął głową, na twarzy mając na twarzy tylko głupawo rozwarte usta. Wyrobi się. Albo się nie wyrobi.

    OBYWATELE, PROSZĘ ROZEJŚĆ SIĘ DO DOMÓW W CIĄGU DZIESIĘCIU SEKUND. W INNYM WYPADKU ZOSTANIECIE ZATRZYMANI PRZEZ SŁUŻBY PORZĄDKOWE.

    – Nie dajcie się zabić, panowie – rozkazał dowódca ze złotą belką na czarnym kasku, po czym zasunął poliwęglanową osłonę na twarz. Reszta umundurowania była identyczna jak u reszty. Czarny kombinezon zasłonięty ochraniaczami na klatce piersiowej, kroku, nadgarstkach, łokciach, kolanach, wzdłuż kręgosłupa. W zasadzie wszędzie. Wysokie buty obowiązkowo świeciły się od kilogramów pasty i wielu godzin szorowania.

    Każdy ze wychodzących samochodu miał własną teorię dlaczego tak bardzo się zmusza do dbania o buty. Jedni mówili o oślepianiu tłumu, inni o łatwiejszym czyszczeniu z krwi, jeszcze inni wspominali o strachu, jaki rzekomo ten błysk wywoływał. I zapewne każdy miał rację, choć tylko niektórzy znali prawdziwą i pierwotną przyczynę: kiedyś buty oporowe były na tyle drogie, że służba fundowała funkcjonariuszom tylko jedną parę. Trzeba było dbać – czyścić co chwilę, pastować, wreszcie naprawiać zaraz po tym, gdy zauważono usterkę. Buty się zmieniły – tradycja pozostała.

    OBYWATELE, PROSZĘ POZOSTAĆ W MIEJSCU I NIE STAWIAĆ OPORU. ZOSTANIECIE ZATRZYMANI DO WYJAŚNIENIA.

    Szybko uformowali dwuszereg. Tłum na ich widok odrzucił od razu transparenty, a porwał za gazrurki i sztachety. Zaczął nerwowo falować, mierząc wzrokiem odzianego na czarno przeciwnika. Bujał się niespokojnie wyczekując momentu, w którym albo jedni, albo drudzy ruszą do natarcia. Odległość raptem kilkunastu metrów wydawała się martwą strefą, przez którą przelecieć bała się nawet mucha.

    Z jednej strony przezroczyste tarcze z dumnym napisem “służba porządkowa” i wybijające na nich rytm krótkie pałki. Z drugiej zaś tłum z pianą ściekającą z kącików ust, nienawistnym spojrzeniem i głośnym sapaniem.

    Dowódca grupy uderzeniowej stał kilka metrów za dwiema równymi liniami. Rozejrzał się spokojnie, a potem tylko kiwnął głową.

    Przeciągły syk. Czarni sprawnym, ledwo dostrzegalnym i szalenie płynnym ruchem podbili przyłbice na czoło i wciągnęli maski przeciwgazowe na twarze. Osłony twarzy zsunęły się dokładnie w tym samym momencie, gdy kilka pojemników zderzyło się z tłumem. Sprężony gaz pieprzowy momentalnie rozprzestrzenił się wśród protestujących. Nie zdążyli nawet zasłonić twarzy, gdy kilkanaście chromowanych rur wystrzeliwało w ich stronę gumowe pociski. Od razu rozpoczął się harmider. Wrzeszczeli od bólu wywoływanego kulami, duszącego gazu i strachu.

    Część uciekała gdzie popadnie, totalnie nieświadoma czyhającego na nich korpusu wsparcia, który tylko rzucał ich na ziemię i skuwał paskami samozaciskowymi. Inni padali na ziemię kaszląc, jęcząc z bólu i przecierając sobie oczy. Wreszcie najmniej liczna grupa rzuciła się do ataku. Gdy tylko gorejący nienawiścią organ śmierci ruszył do natarcia, przezroczyste tarczy zwarły się bokami, jakby tylko do tego służyły. Wraz ze przybliżaniem się coraz bardziej rozpędzonego tłumu pochylały się do przodu. Funkcjonariusze zaparli mocno się na nogach, gotowi odbić to natarcie, jak i każde następne.

    Kos kiwnął tylko głową do Młodego, a ten zwarł się cały za nim.

    Zderzyli się. Chrzęst odbijających się razów zaimprowizowanej broni, gniewne okrzyki. Przepychanka. Tarcze coraz bardziej dążyły do poziomu, nie uginając się nawet milimetra. Przekleństwa i złorzeczenia. Wszyscy ustali. Tłum odbił się nieco, raptem na kilkadziesiąt centymetrów, może metr od linii zderzenia, by dokładnie w tym samym momencie cały pierwszy szereg przyklęknął na jednym kolanie, a świat wypełnił zmasowany huk kolejnych kilkunastu, kilkudziesięciu, może nawet kilkuset niegwintowanych rur prosto w brzuch, plecy, twarze najodważniejszych protestujących.

    Drugiego natarcia nie było.

    Zabrze, 2008 (2007?)

  • Na straży straży, czyli policjant nie jest od psich gówien

    strażnicy miejscy

    Ilekroć słyszę kolejne wajania, że czas na likwidację straży miejskich, to bierze mnie czort jasny, a kurwica skręca płuca. Ktoś, kto proponuje takie rozwiązania musi być na tyle ograniczony, że nie rozumie w ogóle specyfiki takiej instytucji.

    Jasne, mnie samego krew zalewa, kiedy słyszę o dwóch strażnikach miejskich, którzy na widok bitego mężczyzny odwracają wzrok i wyglądają pieszego, który przekroczył jezdnię w niedozwolonym miejscu. Drażnią mnie straże fotoradarowe powoływane tylko po to, aby łapać za szybkich kierowców. Ale prócz tych skrajnych przypadków, mamy też kilka pozytywnych tej służby.

    Na co dzień mam do czynienia ze strażą miejską w Zabrzu, która funkcjonuje już zgoła dwie dekady i zasłynęła kilkoma skandali – chociażby szeroko opisywanym przez GŁOS przypadkiem, kiedy to dyżurny odmówił wysłania patrolu po telefonicznym wezwaniu o kradzieży bramy. Ale to ekstrema, bo na co dzień zabrzańscy strażnicy robią kawał dobrej roboty. Błędy popełnia też policja – i ich jakoś się nie linczuje – a nawet ukochana przeze mnie straż pożarna!

    Zabrzańscy funkcjonariusze mają o tyle łatwiej, że nikt nie dybie, by przynosili zysk. – To jedno z największych szczęść w mojej służbie, że nikt nie każe przynosić mojej komendzie dochodu. Jasne, są pewne założenia, które mówią, że z mandatów do budżetu Zabrza wpłyną odpowiednie kwoty. Ale nikt nie rozlicza nas czy faktycznie wystawiliśmy tyle kar, bo pokryć ten plan – mówił mi pod koniec ubiegłego roku komendant zabrzańskiej straży miejskiej, Jarosław Rajda.

    W powszechnej opinii mówi się, że funkcjonariusze tej służby wypatrują jedynie tych, którzy zaparkowali w nielegalnym miejscu albo przechodzą w niedozwolonym miejscu. Zgadza się, to też należy do ich obowiązków. W końcu mają stać na straży PORZĄDKU. A przechodzenie w niedozwolonym miejscu czy stawanie na zakazie to wykraczanie poza ramy prawa, na które wszyscy się zgadzamy. Inna sprawa – większość z Czytelników tego przypadku do zabrzanie – kiedy, do jasnej cholery, ostatni raz widzieliście blokadę na kole, która może utrudnić kierowcom pilny wyjazd do lekarza? Ja nie dostrzegam ich od kilku lat. Zresztą sam komendant Rajda przyznał się w grudniowej rozmowie ze mną, że faktycznie blokady są bzdurą. Zwłaszcza obecnie, kiedy podobne wykroczenie można sfotografować i zdjęcie pokazać potem wezwanemu kierowcy.

    Może więc najbardziej karygodnym wykroczeniem strażników jest polowanie na pijących pod chmurką? Zgadza się, ja sam lubię napić się zimnego piwa na ławce. Ale na litość boską, w kraju, w którym szacuje się, że nawet 20% osób może mieć problem z alkoholem, a połowa z nas stała się w ten czy inny sposób ofiarą czyjegoś alkoholizmu, takiego rodzaju wykroczenia winny być karane z najwyższą surowością. Bo jeśli piję w parczku przy pomniku Pstrowskiego, to widzą mnie dzieciaki na placu zabaw. Pewnie one same niedługo zasiądą z własną puszką piwa w podobnym miejscu. Ale po co mam je do tego przynaglać? Jeżeli decyduję się popełnić takie wykroczenie, to muszę liczyć się z mandatem. To ryzyko tej zabawy. A co mnie może czekać? Mandat – i to najczęściej w kwocie 20 czy 50 złotych. A jeśli ktoś jest na tyle ubogi, że nie stać go na taki mandat, to znaczy, że jest idiotą. Bo tych parę złotych za butelkę czy puszkę możnaby wykorzystać o wiele mądrzej. Przyjemności to w końcu ostatnia potrzeba.

    Coraz większym wrogiem strażników miejskich stali się też posiadacze psów, którym wymierzane są mandaty za psie kupy na chodniku. Nim o tym, pozwolę sobie napisać osobny akapit na temat czworonożnego kału.

    Z moich doświadczeń wynika, że wrogowie psiego srania są tak długo przeciwnikami czworonogów, dopóty dopóki sami psa sobie nie nabędą. Potem nagle okazuje się, że w sumie ich to nie dotyczy, bo mają bardzo czystego psa, który swój zadek wsadza w najciemniejsze zakątki krzaków i zarośli, zdecydowanie poza widokiem ludzi. Zresztą: sam mam takiego rudego zwierza.

    Mimo tego nie czerpię żadnej przyjemności z pieczołowitego czyszczenia zakamarków podeszw z brązowej mazi. Jeśli twój pies nasrał na środku chodnika, ty nie posprzątasz, a ja w to wdepnę, to kara mandatu jest i tak niczym. Strażnicy powinni cię zakuć w dyby i w tych dybach dekadę winneś rąbać kamienie w najdalszym kamieniołomie.
    Do łez rozśmieszają mnie argumenty, że zaoszczędzoną po likwidacji kasę winno się zagospodarować w dodatkowe patrole policji. Jasne, w tych czasach policjantów na ulicach nie jest za mało. Ale czekam też na czasy, aż któryś z gliniarzy zwróciłby uwagę na srającego psa, zielony dym wydostający się z komina, który świadczy o paleniu śmieci, czy wreszcie całą służbę wypatrywałby zaśnieżonych chodników. Policjanci są od przestępstw, strzeżenia prawa. Strażnicy miejscy mają pilnować porządku, karać tych, którzy dopuszczają się wykroczeń.

    Już ten fakt umniejsza ich trudnej służbie, że nie są tak zajebiście ważni i nie zajmują się rozbojami czy zabójstwami. Ale wolę, by jednak kontrolowali odśnieżenie chodników czy karali właścicieli psów z rozwolnieniem. Aby w trakcie policyjnego pościgu za rabusiem, stróż prawa nie wypieprzył się na kupie wprost w rozbitą butelkę po łajdackim chlaniu na ławce…

    P.S.: Żeby pozbyć się tego nadęcia, chwila rozluźnienia. Wiecie, że zabrzańscy strażnicy mają broń palną? Nie jest ona jednak na wyposażeniu typowych patroli, lecz skrzętnie przechowuje się ją na terenie komendy. – Obecnie praktycznie w ogóle jej nie wykorzystujemy – mówi komendant jednostki Jarosław Rajda. – Kiedyś w użyciu była praktycznie codziennie, kiedy ochranialiśmy konwoje z pieniędzmi i innymi wartościowymi przedmiotami należącymi do urzędu miejskiego.

    Teraz podobne usługi świadczą firmy ochroniarskie. – Mamy prawną możliwość wykorzystywania broni palnej również w trakcie ochrony obiektów użyteczności publicznej. Na co dzień jednak jedyny funkcjonariusz wyposażony w nią, to dyżurny – mówi komendant Rajda.

    Dodajmy, że strażnicy miejscy od pewnego czasu mogą być również wyposażani w paralizatory. W Zabrzu komendant zrezygnował jednak z tej opcji. – Stosunkowo rzadko w trakcie interwencji musimy używać narzędzi przymusu bezpośredniego – na przykład pałek. Po wydarzeniach na lotnisku w Vancouver (kiedy w trakcie nieudolnej interwencji służb bezpieczeństwa w wyniku użycia paralizatora życie stracił Polak – przyp. red.) doszedłem do wniosku, że przesadą byłby ich zakup. Zresztą – skąd mamy wiedzieć, czy osoba, którą obezwładnialibyśmy, nie ma wszczepionego rozrusznika albo chorego serca i zaraz może umrzeć? – dodaje szef strażników.

    P.S. 2: A jednak strażnicy mają trochę adrenalinki w pracy. Ot, w zeszłym roku rzucił się na nich rozjuszony zabrzanin wyposażony w metrową siekierę…

  • SGL – nominacja

    Zostałem nominowany do nagrody Stowarzyszenia Gazet Lokalnych w konkursie Local Press 2010, w kategorii „zdjęcie prasowe”.  W piątek byłem w Warszawie odebrać dyplom i zjeść darmowy obiad w restauracji sejmowej. ;-)

    fot. Wojtek Słota
  • wyyyjezdzam

    Jutro z rana wyjeżdżam na południe Polski. Z racji chęci pochodzenia po górach, mogę nie zawsze być dostępny pod telefonem. Niemniej jednak można próbować, bo i sprzęt, i czas, i archiwum mam przy sobie. Wracam w niedzielę.

    Ale zeby nie zostawić niefotograficznego niesmaku, jedno ze styczniowych zdjęć ze wsi Smoleń, w której nie było prądu przez pół zimy.