Kategoria: a co mówię

  • Praca, praca i… po pracy

    Praca, praca i… po pracy

    Nie jest żadną tajemnicą, a już zwłaszcza wśród moich bliższych i dalszych znajomych, że od kilku tygodni pilnie (jeśli nie panicznie) poszukuję pracy. Ponad ośmioletnia przygoda z Głosem dobiegła końca, a ja już dawno przestałem się łudzić pozostaniem w fachu i szukam praktycznie w każdej dziedzinie, o której mogę powiedzieć dwa słowa więcej niż to, że istnieje.

    Zakochałem się po uszy w tej robocie, która zmarnowała mi praktycznie każdy weekend, kilkaset wieczór, kilkadziesiąt nocy. Nie pozwalała mi iść spać bez myślenia o tym, co mnie czeka. Kosztowała mnie wiele nerwów i mimo wszystko sporo kasy. A jednak umiłowałem ją chyba nieco bardziej niż potencjalnie swoje dzieci.

    Przed dwoma dniami odbyłem arcyciekawą i pouczającą rozmowę z moim kolegą po ex-fachu, o wiele bardziej doświadczonym i o wiele bardziej znanym. Teraz jednak rozstał się – z podobnych do mnie przyczyn – z zawodem i pełni dość szczęśliwy los w pracy, było nie było, poniżej swoich kompetencji. I naprawdę mu to gra.

    W zasadzie dziś dopiero wpadłem na to, jak bardzo środowisko, w którym zawodowo się obracałem, obrosło w piórka. Nie chcę generalizować, bo poznałem w nim całe grono ludzi – vide mój rozmówca – którzy w krytycznej chwili potrafią zakasać rękawy, a w codziennych rozmowach trudno połapać się jak daleko zaszli.

    Na drugiej szali wagi pojawiło się jednak zupełnie inne środowisko, które zatacza ogromne kręgi. Rozpoczyna się gdzieś tam na dole, na nieczytanych portalikach, przechodzi przez redakcje lokalne czy regionalne, a kończy się na wielkich nazwiskach mediów ogólnopolskich. To swoiści wyrobnicy, w najgorszym jednak tego słowa znaczeniu.

    Zawód dziennikarza (bo w zasadzie jestem nim bardziej, niż fotoreporterem, choć właśnie fotografią chciałem się jednak zajmować bardziej; co gorsza, mimo wszystko znacznie lepiej – co nie oznacza, że dobrze – piszę niż fotografuję) mocno  zdezawuował się przez ostatnie lata. Zawód dostępny jest praktycznie dla każdego, pomijając nawet tak modne (i jednak tak irytujące: nie tylko jakością, ale przede wszystkim nierealizowaniem choć podstawowych założeń obiektywizmu i rzetelności)  dziennikarstwo obywatelskie. Wszak nawet ja pierwsze kroki w fachu stawiałem mając ledwie 15 lat i pracując nad treścią dychawicznego portaliku, a późniejsze kroki – o wiele bardziej skoordynowane – czyniłem po pierwszym roku studiów, przedłużając na lata swoją praktykę studencką (i otrzymując zgoła zbieżne ze studenckimi oczekiwaniami pensje).

    I to w zasadzie nie jest aż taki problem, bo tworzy zdrową konkurencję. Wszak w środowisku, w fachu zostaną ludzie z pasją i oddaniem.

    Z drugiej jednak strony zostaną również mimozy, które absolutnie nie powinny pracować w tym zawodzie. Już pomijam kwestie etyki zawodowej. Bardziej godzi mnie podejście do człowieka, współpracownika, kolegi, obudowane murem fałszywej sympatii, etosu, religii. Ogrodzenie to murowane jest jednak zniechęceniem i wolą wyrzucenia poza nawias.

    Ci ludzie jednak przede wszystkim nie wyobrażają sobie pracy w innym zawodzie. I zawiodę was: nie dlatego, że tak bardzo go kochają. Dlatego, że żyją mitem wyższości tej pracy. A przecież nie zejdą na poziom plebsu.

     

    A ja już za kilka tygodni będę mógł powiedzieć, że jednego, czego w mojej dotychczasowej karierze na pewno nie żałuję, to fakt, że nigdy nie pozwoliłem komukolwiek, by mógł odczuć ode mnie wyższość. Kochałem każdego ochroniarza, który stanął mi na drodze. Zaprzyjaźniłem się z całym gronem strażaków czy policjantów (którzy z reguły mają alergię na przedstawicieli mediów). Śmiałem się z urzędnikami, bezdomnymi, sekretarkami.

    I choć teraz, prawdopodobnie, nie będzie mi dane ich spotykać, to z uśmiechem wspominać będę jak fajne były to czasy.

  • Mój skromny manifest polityczny

    Mój skromny manifest polityczny

    W pierwszej turze wyborów głosowałem na Pawła Kukiza. W poniedziałkowym Newsweeku przeczytałem tekst, z którego wprost wynika, że w najbliższą niedzielę na 75% zagłosuję na Andrzeja Dudę. A ja… a ja najchętniej nie poszedłbym na wybory. (więcej…)

  • Nie ma munduru, a zatrzymuje. Może? Czyli kiedy policjant może kontrolować….

    fot. internet ;-)
    fot. internet ;-)

    Temat regularnie przewija się przez internet, fejsbuki, grupy czy tematyczne fora. Coraz więcej osób buntuje się przed kontrolami, podejrzewając, że policjanci często przekraczają uprawnienia i zatrzymują pojazdy w niewłaściwych miejscach, z niewłaściwych przyczyn i… w niewłaściwym odzieniu.

    Dlatego też raz, a dobrze! Kiedy i jakie patrole mogą zatrzymywać do kontroli drogowej?

    Okazuje się, że sprawa jest zależna nie od radiowozu, ale umundurowania policjantów.

    Otóż: w terenie zabudowanym o każdej porze dnia i nocy do kontroli ma prawo zatrzymać Cię każdy patrol, bez względu na to czy jedzie radiowozem oznakowanym czy nie. Policjant ma jednak obowiązek przedstawić się, podać stopień i powód kontroli. Mało tego: nieumundurowany policjant powinien zaprezentować odznakę i legitymację służbową.

    W terenie niezabudowanym (oznaczonym znakiem znak D-43) do kontroli może Cię zatrzymać każdy UMUNDUROWANY patrol. Bez względu na to, czy jedzie oznakowanym radiowozem, nieoznakowanym, idzie piechotą, jedzie na rowerze czy wierzchem.

    Jest jeszcze rozróżnienie czym trzeba zatrzymywać: umundurowani mogą nawet ręką (a i nogą by przeszło ;-). Nieumundurowani muszą mieć lizak lub latarkę z wibratorem (czyli taką czerwoną, falliczną wręcz nakładką).

    Do kontroli możemy się nie zatrzymać TYLKO jeśli mamy UZASADNIONE wątpliwości do „prawdziwości” policjantów. Wtedy możemy minąć patrol i zgłosić się w najbliższej jednostce, a przy okazji – dobrze by było – zgłosić się na numer alarmowy.

    Narażamy się jednak na karę z art. 92 par. 1 kodeksu wykroczeń, za co grozi nam grzywna lub nagana, a nawet areszt – jeśli zignorujemy np. lizak lub niebieskie światła.

    Gdzie może dojść do kontroli policji?

    Kontrole mogą odbyć się w zasadzie w każdym miejscu na drodze. Policjanci muszą jednak wskazać takie miejsce, aby nie było zagrożenia w ruchu  drogowym.

    A swoją drogą…

    Mitem jest również to, że funkcjonuje jakaś mapa, która wyznacza miejsca kontroli prędkości. Owszem, Komenda Wojewódzka Policji w Katowicach swego czasu wskazała takie punkty (dla Zabrza zobaczyć je można TUTAJ Dzięki Mati!). Jak poinformował mnie swego czasu rzecznik zabrzańskiej komendy policji, Marek Wypych, są to jednak miejsca sugerowane. Do radarowej kontroli może dojść dosłownie wszędzie, byle tylko bezpiecznie można było zatrzymać kontrolowany pojazd! W tych trzeba jednak szczególnie uważać… ;-)

  • Romet 4e vel. Yogomo MA4E: największe motoryzacyjne kłamstwo, jakie widziałem

    OLYMPUS DIGITAL CAMERAZaczęło się sceptycznie: ot, kolejna motoryzacyjna ciekawostka, która póki co nie ma przyszłości. Ale dlaczego nie przejechać by się samochodem, który w końcu jest polskim produktem (co prędko okazało się kłamstwem)? A do tego jest elektryczny, więc od samego początku mamy pełny moment obrotowy, choć sam silnik nie imponuje mocą?

    Entuzjazm rósł. Okazywało się bowiem, że to spartańskie, ale mimo wszystko przyjemne wozidełko. A przynajmniej na krótkich trasach.

    Gdy wątpliwa pasja wzrastała, nagle okazało się, że… to najgorsze auto, z jakim miałem styczność. Byłem na nie do tego stopnia wściekły, że miałem szczerą ochotę faktycznie zasilić go benzyną. Nie jednak do jazdy, lecz… aby podlać nią całe auto, a potem podpalić.

    Punktem wyjścia jednak powinna być kwota 32 tysięcy złotych. Powtórzę: 32 tysięcy polskich złotych. Tyle kosztuje podstawowa wersja Rometa 4e. Jeśli chcemy ją troszeczkę doposażyć, to koszt rośnie do 36 tysięcy.

    Co jednak dostajemy w zamian?

    Największe motoryzacyjne kłamstwo, jakiego byłem świadkiem. (więcej…)

  • szaleństwo w Warszawie, a tu SZYK sprzed lat

    Od wczoraj internet huczy warszawskimi zadymami. A dla mnie to wciąż efekt słabego prawa. Nigdy nikomu nie zabronię prezentować swoich opinii, poglądów czy haseł. Ale na wielu amatorskich nagraniach z zamieszek widać, że do grupy protestujących dołączyło wielu zapalonych piewców agresji, którzy do stolicy pojechali tylko, aby walczyć i bić się.

    Tym samym skomplikowali sprawę nie tylko służbom porządkowym (również nienazbyt świętym), ale i organizatorom legalnego przemarszu. Do tego stopnia splątali , że podjęto decyzję o delegalizacji przemarszu.

    I wtedy zacząłem żałować, że nikt nie strzela ostrą amunicją do najbardziej zażyłych manifestantów, którzy bili przypadkowych ludzi, fotoreporterów czy niszczyli własność.  Nawet jeśli stali się ofiarą prowokacji. Czyli… dali się sprowokować.

    Przypomniało mi się moje stare opowiadanie, które jest poniżej. Trochę się go wstydzę, bo mimo wszystko powstało 5 lub 6 lat temu. Ale jakoś nie umiem się opanować.

    SZYK

    OBYWATELE, PROSZĘ ROZEJŚĆ SIĘ DO DOMÓW W CIĄGU DZIESIĘCIU MINUT. W INNYM PRZYPADKU ZOSTANIECIE ZATRZYMANI PRZEZ SŁUŻBY PORZĄDKOWE.

    Kos poprawił pasek podtrzymujący hełm, który nagle i całkowicie bezpodstawnie zaczął się wrzynać mu w brodę. Zawsze tak się działo, gdy słyszał ten komunikat. Rozejrzał się leniwie po ciężarówce. Każdy z obecnych, identycznie umundurowanych typów patrzył dokładnie tak samo: z nudą, rutyną i… duszoną niepewnością. Niektórzy palili papierosy, inni pogwizdywali pod nosem stare melodie. Kilku rozmawiało cicho, choć ciasnota wewnątrz zabudowy wozu i tak dawała pogłos ich słowom – każdy słyszał wszystkich, a nie słyszał siebie.

    OBYWATELE, PROSZĘ ROZEJŚĆ SIĘ DO DOMÓW W CIĄGU PIĘCIU MINUT. W INNYM PRZYPADKU ZOSTANIECIE ZATRZYMANI PRZEZ SŁUŻBY PORZĄDKOWE.

    Doskonale wiedział, że taki komunikat to pic na wodę. W zawodzie pracował już drugi rok i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jeżeli ktokolwiek słyszał wśród tego tumultu i gniewnych okrzyków te dwa zdania, to już na pewno ich nie słuchał. Szkoda, to mogłoby oszczędzić wiele pracy.

    Na szczęście procedury pół roku wcześniej bardzo się uprościły. Nie musieli zmęczeni po interwencji zawozić jeszcze podejrzanych do jednostki, spisywać każdego z osobna i zamykać. Teraz już było łatwiej. Jedno błogosławieństwo premiera i nagle fundusze, których nie można było znaleźć od wielu lat, znalazły się bez słowa. Pojawiły się nowe etaty. Wystarczyło nagranie. Poza tym dowodem nie musiało już być poświadczenie innych funkcjonariuszy o winie, jak wymagano wcześniej. Z resztą które poświadczenie było prawdziwe – każdy z plutonu mówił to samo: “Tak, to on przypierdolił Bartkowi sztylem od siekiery, panie inspektorze”.

    OBYWATELE, PROSZĘ ROZEJŚĆ SIĘ DO DOMÓW W CIĄGU 90 SEKUND. W INNYM PRZYPADKU ZOSTANIECIE ZATRZYMANI PRZEZ SŁUŻBY PORZĄDKOWE.

    Spojrzał na lewo. Tylko jeden człowiek w wozie nie był spokojny. Młody, ledwo przyszedł po szkoleniu. Pierwsza poważna interwencja, wcześniej tylko tłukli się pałami przy obstawie jakiegoś mieszkania, przygotowywanego  na przeszukania. Przestraszony spojrzał na niego.

    – Pilnuj moich pleców. Spierdolisz – ja cię zapierdolę. Jeśli tylko zdążę przed ludem pracującym miast i wsi – Młody kiwnął głową, na twarzy mając na twarzy tylko głupawo rozwarte usta. Wyrobi się. Albo się nie wyrobi.

    OBYWATELE, PROSZĘ ROZEJŚĆ SIĘ DO DOMÓW W CIĄGU DZIESIĘCIU SEKUND. W INNYM WYPADKU ZOSTANIECIE ZATRZYMANI PRZEZ SŁUŻBY PORZĄDKOWE.

    – Nie dajcie się zabić, panowie – rozkazał dowódca ze złotą belką na czarnym kasku, po czym zasunął poliwęglanową osłonę na twarz. Reszta umundurowania była identyczna jak u reszty. Czarny kombinezon zasłonięty ochraniaczami na klatce piersiowej, kroku, nadgarstkach, łokciach, kolanach, wzdłuż kręgosłupa. W zasadzie wszędzie. Wysokie buty obowiązkowo świeciły się od kilogramów pasty i wielu godzin szorowania.

    Każdy ze wychodzących samochodu miał własną teorię dlaczego tak bardzo się zmusza do dbania o buty. Jedni mówili o oślepianiu tłumu, inni o łatwiejszym czyszczeniu z krwi, jeszcze inni wspominali o strachu, jaki rzekomo ten błysk wywoływał. I zapewne każdy miał rację, choć tylko niektórzy znali prawdziwą i pierwotną przyczynę: kiedyś buty oporowe były na tyle drogie, że służba fundowała funkcjonariuszom tylko jedną parę. Trzeba było dbać – czyścić co chwilę, pastować, wreszcie naprawiać zaraz po tym, gdy zauważono usterkę. Buty się zmieniły – tradycja pozostała.

    OBYWATELE, PROSZĘ POZOSTAĆ W MIEJSCU I NIE STAWIAĆ OPORU. ZOSTANIECIE ZATRZYMANI DO WYJAŚNIENIA.

    Szybko uformowali dwuszereg. Tłum na ich widok odrzucił od razu transparenty, a porwał za gazrurki i sztachety. Zaczął nerwowo falować, mierząc wzrokiem odzianego na czarno przeciwnika. Bujał się niespokojnie wyczekując momentu, w którym albo jedni, albo drudzy ruszą do natarcia. Odległość raptem kilkunastu metrów wydawała się martwą strefą, przez którą przelecieć bała się nawet mucha.

    Z jednej strony przezroczyste tarcze z dumnym napisem “służba porządkowa” i wybijające na nich rytm krótkie pałki. Z drugiej zaś tłum z pianą ściekającą z kącików ust, nienawistnym spojrzeniem i głośnym sapaniem.

    Dowódca grupy uderzeniowej stał kilka metrów za dwiema równymi liniami. Rozejrzał się spokojnie, a potem tylko kiwnął głową.

    Przeciągły syk. Czarni sprawnym, ledwo dostrzegalnym i szalenie płynnym ruchem podbili przyłbice na czoło i wciągnęli maski przeciwgazowe na twarze. Osłony twarzy zsunęły się dokładnie w tym samym momencie, gdy kilka pojemników zderzyło się z tłumem. Sprężony gaz pieprzowy momentalnie rozprzestrzenił się wśród protestujących. Nie zdążyli nawet zasłonić twarzy, gdy kilkanaście chromowanych rur wystrzeliwało w ich stronę gumowe pociski. Od razu rozpoczął się harmider. Wrzeszczeli od bólu wywoływanego kulami, duszącego gazu i strachu.

    Część uciekała gdzie popadnie, totalnie nieświadoma czyhającego na nich korpusu wsparcia, który tylko rzucał ich na ziemię i skuwał paskami samozaciskowymi. Inni padali na ziemię kaszląc, jęcząc z bólu i przecierając sobie oczy. Wreszcie najmniej liczna grupa rzuciła się do ataku. Gdy tylko gorejący nienawiścią organ śmierci ruszył do natarcia, przezroczyste tarczy zwarły się bokami, jakby tylko do tego służyły. Wraz ze przybliżaniem się coraz bardziej rozpędzonego tłumu pochylały się do przodu. Funkcjonariusze zaparli mocno się na nogach, gotowi odbić to natarcie, jak i każde następne.

    Kos kiwnął tylko głową do Młodego, a ten zwarł się cały za nim.

    Zderzyli się. Chrzęst odbijających się razów zaimprowizowanej broni, gniewne okrzyki. Przepychanka. Tarcze coraz bardziej dążyły do poziomu, nie uginając się nawet milimetra. Przekleństwa i złorzeczenia. Wszyscy ustali. Tłum odbił się nieco, raptem na kilkadziesiąt centymetrów, może metr od linii zderzenia, by dokładnie w tym samym momencie cały pierwszy szereg przyklęknął na jednym kolanie, a świat wypełnił zmasowany huk kolejnych kilkunastu, kilkudziesięciu, może nawet kilkuset niegwintowanych rur prosto w brzuch, plecy, twarze najodważniejszych protestujących.

    Drugiego natarcia nie było.

    Zabrze, 2008 (2007?)

  • Drogowy atawizm, czyli postój taksówek kończy się tam… gdzie się zaczyna

    Znak_D-19

    Rzecz wydawałaby się błaha – w miejscu, gdzie wytyczono postój taksówek, obowiązuje kategoryczny zakaz parkowania i postoju. Problem jednak w tym, że niewielu kierowców zdaje sobie sprawę, że fragment jezdni wytyczony dla taksówkarzy rozpoczyna się w miejscu, gdzie znak mówi o jego końcu.

    znakd-20 (więcej…)

  • Na straży straży, czyli policjant nie jest od psich gówien

    strażnicy miejscy

    Ilekroć słyszę kolejne wajania, że czas na likwidację straży miejskich, to bierze mnie czort jasny, a kurwica skręca płuca. Ktoś, kto proponuje takie rozwiązania musi być na tyle ograniczony, że nie rozumie w ogóle specyfiki takiej instytucji.

    Jasne, mnie samego krew zalewa, kiedy słyszę o dwóch strażnikach miejskich, którzy na widok bitego mężczyzny odwracają wzrok i wyglądają pieszego, który przekroczył jezdnię w niedozwolonym miejscu. Drażnią mnie straże fotoradarowe powoływane tylko po to, aby łapać za szybkich kierowców. Ale prócz tych skrajnych przypadków, mamy też kilka pozytywnych tej służby.

    Na co dzień mam do czynienia ze strażą miejską w Zabrzu, która funkcjonuje już zgoła dwie dekady i zasłynęła kilkoma skandali – chociażby szeroko opisywanym przez GŁOS przypadkiem, kiedy to dyżurny odmówił wysłania patrolu po telefonicznym wezwaniu o kradzieży bramy. Ale to ekstrema, bo na co dzień zabrzańscy strażnicy robią kawał dobrej roboty. Błędy popełnia też policja – i ich jakoś się nie linczuje – a nawet ukochana przeze mnie straż pożarna!

    Zabrzańscy funkcjonariusze mają o tyle łatwiej, że nikt nie dybie, by przynosili zysk. – To jedno z największych szczęść w mojej służbie, że nikt nie każe przynosić mojej komendzie dochodu. Jasne, są pewne założenia, które mówią, że z mandatów do budżetu Zabrza wpłyną odpowiednie kwoty. Ale nikt nie rozlicza nas czy faktycznie wystawiliśmy tyle kar, bo pokryć ten plan – mówił mi pod koniec ubiegłego roku komendant zabrzańskiej straży miejskiej, Jarosław Rajda.

    W powszechnej opinii mówi się, że funkcjonariusze tej służby wypatrują jedynie tych, którzy zaparkowali w nielegalnym miejscu albo przechodzą w niedozwolonym miejscu. Zgadza się, to też należy do ich obowiązków. W końcu mają stać na straży PORZĄDKU. A przechodzenie w niedozwolonym miejscu czy stawanie na zakazie to wykraczanie poza ramy prawa, na które wszyscy się zgadzamy. Inna sprawa – większość z Czytelników tego przypadku do zabrzanie – kiedy, do jasnej cholery, ostatni raz widzieliście blokadę na kole, która może utrudnić kierowcom pilny wyjazd do lekarza? Ja nie dostrzegam ich od kilku lat. Zresztą sam komendant Rajda przyznał się w grudniowej rozmowie ze mną, że faktycznie blokady są bzdurą. Zwłaszcza obecnie, kiedy podobne wykroczenie można sfotografować i zdjęcie pokazać potem wezwanemu kierowcy.

    Może więc najbardziej karygodnym wykroczeniem strażników jest polowanie na pijących pod chmurką? Zgadza się, ja sam lubię napić się zimnego piwa na ławce. Ale na litość boską, w kraju, w którym szacuje się, że nawet 20% osób może mieć problem z alkoholem, a połowa z nas stała się w ten czy inny sposób ofiarą czyjegoś alkoholizmu, takiego rodzaju wykroczenia winny być karane z najwyższą surowością. Bo jeśli piję w parczku przy pomniku Pstrowskiego, to widzą mnie dzieciaki na placu zabaw. Pewnie one same niedługo zasiądą z własną puszką piwa w podobnym miejscu. Ale po co mam je do tego przynaglać? Jeżeli decyduję się popełnić takie wykroczenie, to muszę liczyć się z mandatem. To ryzyko tej zabawy. A co mnie może czekać? Mandat – i to najczęściej w kwocie 20 czy 50 złotych. A jeśli ktoś jest na tyle ubogi, że nie stać go na taki mandat, to znaczy, że jest idiotą. Bo tych parę złotych za butelkę czy puszkę możnaby wykorzystać o wiele mądrzej. Przyjemności to w końcu ostatnia potrzeba.

    Coraz większym wrogiem strażników miejskich stali się też posiadacze psów, którym wymierzane są mandaty za psie kupy na chodniku. Nim o tym, pozwolę sobie napisać osobny akapit na temat czworonożnego kału.

    Z moich doświadczeń wynika, że wrogowie psiego srania są tak długo przeciwnikami czworonogów, dopóty dopóki sami psa sobie nie nabędą. Potem nagle okazuje się, że w sumie ich to nie dotyczy, bo mają bardzo czystego psa, który swój zadek wsadza w najciemniejsze zakątki krzaków i zarośli, zdecydowanie poza widokiem ludzi. Zresztą: sam mam takiego rudego zwierza.

    Mimo tego nie czerpię żadnej przyjemności z pieczołowitego czyszczenia zakamarków podeszw z brązowej mazi. Jeśli twój pies nasrał na środku chodnika, ty nie posprzątasz, a ja w to wdepnę, to kara mandatu jest i tak niczym. Strażnicy powinni cię zakuć w dyby i w tych dybach dekadę winneś rąbać kamienie w najdalszym kamieniołomie.
    Do łez rozśmieszają mnie argumenty, że zaoszczędzoną po likwidacji kasę winno się zagospodarować w dodatkowe patrole policji. Jasne, w tych czasach policjantów na ulicach nie jest za mało. Ale czekam też na czasy, aż któryś z gliniarzy zwróciłby uwagę na srającego psa, zielony dym wydostający się z komina, który świadczy o paleniu śmieci, czy wreszcie całą służbę wypatrywałby zaśnieżonych chodników. Policjanci są od przestępstw, strzeżenia prawa. Strażnicy miejscy mają pilnować porządku, karać tych, którzy dopuszczają się wykroczeń.

    Już ten fakt umniejsza ich trudnej służbie, że nie są tak zajebiście ważni i nie zajmują się rozbojami czy zabójstwami. Ale wolę, by jednak kontrolowali odśnieżenie chodników czy karali właścicieli psów z rozwolnieniem. Aby w trakcie policyjnego pościgu za rabusiem, stróż prawa nie wypieprzył się na kupie wprost w rozbitą butelkę po łajdackim chlaniu na ławce…

    P.S.: Żeby pozbyć się tego nadęcia, chwila rozluźnienia. Wiecie, że zabrzańscy strażnicy mają broń palną? Nie jest ona jednak na wyposażeniu typowych patroli, lecz skrzętnie przechowuje się ją na terenie komendy. – Obecnie praktycznie w ogóle jej nie wykorzystujemy – mówi komendant jednostki Jarosław Rajda. – Kiedyś w użyciu była praktycznie codziennie, kiedy ochranialiśmy konwoje z pieniędzmi i innymi wartościowymi przedmiotami należącymi do urzędu miejskiego.

    Teraz podobne usługi świadczą firmy ochroniarskie. – Mamy prawną możliwość wykorzystywania broni palnej również w trakcie ochrony obiektów użyteczności publicznej. Na co dzień jednak jedyny funkcjonariusz wyposażony w nią, to dyżurny – mówi komendant Rajda.

    Dodajmy, że strażnicy miejscy od pewnego czasu mogą być również wyposażani w paralizatory. W Zabrzu komendant zrezygnował jednak z tej opcji. – Stosunkowo rzadko w trakcie interwencji musimy używać narzędzi przymusu bezpośredniego – na przykład pałek. Po wydarzeniach na lotnisku w Vancouver (kiedy w trakcie nieudolnej interwencji służb bezpieczeństwa w wyniku użycia paralizatora życie stracił Polak – przyp. red.) doszedłem do wniosku, że przesadą byłby ich zakup. Zresztą – skąd mamy wiedzieć, czy osoba, którą obezwładnialibyśmy, nie ma wszczepionego rozrusznika albo chorego serca i zaraz może umrzeć? – dodaje szef strażników.

    P.S. 2: A jednak strażnicy mają trochę adrenalinki w pracy. Ot, w zeszłym roku rzucił się na nich rozjuszony zabrzanin wyposażony w metrową siekierę…

  • Dziewięć powodów dlaczego Blackberry 8520 Curve to najlepszy telefon na świecie

    Oto dziewięć foto-powodów dlaczego Blackberry 8520 Curve jest najlepszym telefonem na świecie:


    I ostatni wykonany aparatem wbudowanym w telefon:

     

  • ulicą

    Lubię rozmowy o przeszłości. Zawsze wracają do mnie jak ta dziura na ul. Wyciska. Jest taka wyrwa w jezdni, w którą codziennie wpadam. Czasem i kilkukrotnie w ciągu jednej doby. Zawsze wiem, że ona tam jest. Zawsze też gotuję się, by ją ominąć. Zawsze w nią też wpadam.

    (a potem zimuję w kanale i walczę z wahaczami).

    Rozmowy o przeszłości mają pewien wymiar nieprawidłowości.

  • futboliści

    Byłem wczoraj służbowo na rekrutacji do Warriors Ruda Śl. – drużyny footballu amerykańskiego. Jeden z zawodników przywitał mnie z szeroko rozwartymi ramionami, ciesząc się, że przyszedłem wesprzeć ich zespół.

    Ale ja tu zdjęcia przyszedłem zrobić – mówię.

    Tak? A dla kogo? – pyta się mnie sportowiec.

    Dla Głosu Zabrza.

    A nie chcesz w Warriorsach pograć? Warunki masz?

    – Nie, nie. Ja kolan nie mam – klasycznie odpowiadam, kiedy rugbiści, piłkarze czy inni bokserzy chcą mnie skaptować w swoje szeregi.

    -Ale u nas  nikt nie ma! – wykrzykuje zawodnik z wielką radością, że mój argument  stoi w obronie do jego tezy o mojej przydatności. – Sam miałem operację! – nakręca się coraz bardziej.

    To mu zacząłem relacjonować, że to wcale nie takie fiu-bździu, że mnie nieraz cięli i generalnie jak przejdę się po schodach na 10 piętro, to (prócz zadyszki ;)) mam nieliche boleści.

    Wtedy odpuścił niepocieszony słowami: „Szkooooodaaaaa”.

    Za to zdjęć zrobiłem parę i pomimo kiepskich warunków świetlnych (1/100, 2.8 i iso 1600, a i tak ciemno), ze dwa mi na tejże rekrutacji wyszły.