Kategoria: Poza zdjęciami

  • Spawamy traba!

    trab1

     

    PB251301 PB251284

    PB251317

    Gliwice, ul. Towarowa. 25 listopada 2014, okolice godz. 17. Olympus E-1+14-54 f2.8-3.5

  • Nie ma munduru, a zatrzymuje. Może? Czyli kiedy policjant może kontrolować….

    fot. internet ;-)
    fot. internet ;-)

    Temat regularnie przewija się przez internet, fejsbuki, grupy czy tematyczne fora. Coraz więcej osób buntuje się przed kontrolami, podejrzewając, że policjanci często przekraczają uprawnienia i zatrzymują pojazdy w niewłaściwych miejscach, z niewłaściwych przyczyn i… w niewłaściwym odzieniu.

    Dlatego też raz, a dobrze! Kiedy i jakie patrole mogą zatrzymywać do kontroli drogowej?

    Okazuje się, że sprawa jest zależna nie od radiowozu, ale umundurowania policjantów.

    Otóż: w terenie zabudowanym o każdej porze dnia i nocy do kontroli ma prawo zatrzymać Cię każdy patrol, bez względu na to czy jedzie radiowozem oznakowanym czy nie. Policjant ma jednak obowiązek przedstawić się, podać stopień i powód kontroli. Mało tego: nieumundurowany policjant powinien zaprezentować odznakę i legitymację służbową.

    W terenie niezabudowanym (oznaczonym znakiem znak D-43) do kontroli może Cię zatrzymać każdy UMUNDUROWANY patrol. Bez względu na to, czy jedzie oznakowanym radiowozem, nieoznakowanym, idzie piechotą, jedzie na rowerze czy wierzchem.

    Jest jeszcze rozróżnienie czym trzeba zatrzymywać: umundurowani mogą nawet ręką (a i nogą by przeszło ;-). Nieumundurowani muszą mieć lizak lub latarkę z wibratorem (czyli taką czerwoną, falliczną wręcz nakładką).

    Do kontroli możemy się nie zatrzymać TYLKO jeśli mamy UZASADNIONE wątpliwości do „prawdziwości” policjantów. Wtedy możemy minąć patrol i zgłosić się w najbliższej jednostce, a przy okazji – dobrze by było – zgłosić się na numer alarmowy.

    Narażamy się jednak na karę z art. 92 par. 1 kodeksu wykroczeń, za co grozi nam grzywna lub nagana, a nawet areszt – jeśli zignorujemy np. lizak lub niebieskie światła.

    Gdzie może dojść do kontroli policji?

    Kontrole mogą odbyć się w zasadzie w każdym miejscu na drodze. Policjanci muszą jednak wskazać takie miejsce, aby nie było zagrożenia w ruchu  drogowym.

    A swoją drogą…

    Mitem jest również to, że funkcjonuje jakaś mapa, która wyznacza miejsca kontroli prędkości. Owszem, Komenda Wojewódzka Policji w Katowicach swego czasu wskazała takie punkty (dla Zabrza zobaczyć je można TUTAJ Dzięki Mati!). Jak poinformował mnie swego czasu rzecznik zabrzańskiej komendy policji, Marek Wypych, są to jednak miejsca sugerowane. Do radarowej kontroli może dojść dosłownie wszędzie, byle tylko bezpiecznie można było zatrzymać kontrolowany pojazd! W tych trzeba jednak szczególnie uważać… ;-)

  • Drogowy atawizm, czyli postój taksówek kończy się tam… gdzie się zaczyna

    Znak_D-19

    Rzecz wydawałaby się błaha – w miejscu, gdzie wytyczono postój taksówek, obowiązuje kategoryczny zakaz parkowania i postoju. Problem jednak w tym, że niewielu kierowców zdaje sobie sprawę, że fragment jezdni wytyczony dla taksówkarzy rozpoczyna się w miejscu, gdzie znak mówi o jego końcu.

    znakd-20 (więcej…)

  • Na straży straży, czyli policjant nie jest od psich gówien

    strażnicy miejscy

    Ilekroć słyszę kolejne wajania, że czas na likwidację straży miejskich, to bierze mnie czort jasny, a kurwica skręca płuca. Ktoś, kto proponuje takie rozwiązania musi być na tyle ograniczony, że nie rozumie w ogóle specyfiki takiej instytucji.

    Jasne, mnie samego krew zalewa, kiedy słyszę o dwóch strażnikach miejskich, którzy na widok bitego mężczyzny odwracają wzrok i wyglądają pieszego, który przekroczył jezdnię w niedozwolonym miejscu. Drażnią mnie straże fotoradarowe powoływane tylko po to, aby łapać za szybkich kierowców. Ale prócz tych skrajnych przypadków, mamy też kilka pozytywnych tej służby.

    Na co dzień mam do czynienia ze strażą miejską w Zabrzu, która funkcjonuje już zgoła dwie dekady i zasłynęła kilkoma skandali – chociażby szeroko opisywanym przez GŁOS przypadkiem, kiedy to dyżurny odmówił wysłania patrolu po telefonicznym wezwaniu o kradzieży bramy. Ale to ekstrema, bo na co dzień zabrzańscy strażnicy robią kawał dobrej roboty. Błędy popełnia też policja – i ich jakoś się nie linczuje – a nawet ukochana przeze mnie straż pożarna!

    Zabrzańscy funkcjonariusze mają o tyle łatwiej, że nikt nie dybie, by przynosili zysk. – To jedno z największych szczęść w mojej służbie, że nikt nie każe przynosić mojej komendzie dochodu. Jasne, są pewne założenia, które mówią, że z mandatów do budżetu Zabrza wpłyną odpowiednie kwoty. Ale nikt nie rozlicza nas czy faktycznie wystawiliśmy tyle kar, bo pokryć ten plan – mówił mi pod koniec ubiegłego roku komendant zabrzańskiej straży miejskiej, Jarosław Rajda.

    W powszechnej opinii mówi się, że funkcjonariusze tej służby wypatrują jedynie tych, którzy zaparkowali w nielegalnym miejscu albo przechodzą w niedozwolonym miejscu. Zgadza się, to też należy do ich obowiązków. W końcu mają stać na straży PORZĄDKU. A przechodzenie w niedozwolonym miejscu czy stawanie na zakazie to wykraczanie poza ramy prawa, na które wszyscy się zgadzamy. Inna sprawa – większość z Czytelników tego przypadku do zabrzanie – kiedy, do jasnej cholery, ostatni raz widzieliście blokadę na kole, która może utrudnić kierowcom pilny wyjazd do lekarza? Ja nie dostrzegam ich od kilku lat. Zresztą sam komendant Rajda przyznał się w grudniowej rozmowie ze mną, że faktycznie blokady są bzdurą. Zwłaszcza obecnie, kiedy podobne wykroczenie można sfotografować i zdjęcie pokazać potem wezwanemu kierowcy.

    Może więc najbardziej karygodnym wykroczeniem strażników jest polowanie na pijących pod chmurką? Zgadza się, ja sam lubię napić się zimnego piwa na ławce. Ale na litość boską, w kraju, w którym szacuje się, że nawet 20% osób może mieć problem z alkoholem, a połowa z nas stała się w ten czy inny sposób ofiarą czyjegoś alkoholizmu, takiego rodzaju wykroczenia winny być karane z najwyższą surowością. Bo jeśli piję w parczku przy pomniku Pstrowskiego, to widzą mnie dzieciaki na placu zabaw. Pewnie one same niedługo zasiądą z własną puszką piwa w podobnym miejscu. Ale po co mam je do tego przynaglać? Jeżeli decyduję się popełnić takie wykroczenie, to muszę liczyć się z mandatem. To ryzyko tej zabawy. A co mnie może czekać? Mandat – i to najczęściej w kwocie 20 czy 50 złotych. A jeśli ktoś jest na tyle ubogi, że nie stać go na taki mandat, to znaczy, że jest idiotą. Bo tych parę złotych za butelkę czy puszkę możnaby wykorzystać o wiele mądrzej. Przyjemności to w końcu ostatnia potrzeba.

    Coraz większym wrogiem strażników miejskich stali się też posiadacze psów, którym wymierzane są mandaty za psie kupy na chodniku. Nim o tym, pozwolę sobie napisać osobny akapit na temat czworonożnego kału.

    Z moich doświadczeń wynika, że wrogowie psiego srania są tak długo przeciwnikami czworonogów, dopóty dopóki sami psa sobie nie nabędą. Potem nagle okazuje się, że w sumie ich to nie dotyczy, bo mają bardzo czystego psa, który swój zadek wsadza w najciemniejsze zakątki krzaków i zarośli, zdecydowanie poza widokiem ludzi. Zresztą: sam mam takiego rudego zwierza.

    Mimo tego nie czerpię żadnej przyjemności z pieczołowitego czyszczenia zakamarków podeszw z brązowej mazi. Jeśli twój pies nasrał na środku chodnika, ty nie posprzątasz, a ja w to wdepnę, to kara mandatu jest i tak niczym. Strażnicy powinni cię zakuć w dyby i w tych dybach dekadę winneś rąbać kamienie w najdalszym kamieniołomie.
    Do łez rozśmieszają mnie argumenty, że zaoszczędzoną po likwidacji kasę winno się zagospodarować w dodatkowe patrole policji. Jasne, w tych czasach policjantów na ulicach nie jest za mało. Ale czekam też na czasy, aż któryś z gliniarzy zwróciłby uwagę na srającego psa, zielony dym wydostający się z komina, który świadczy o paleniu śmieci, czy wreszcie całą służbę wypatrywałby zaśnieżonych chodników. Policjanci są od przestępstw, strzeżenia prawa. Strażnicy miejscy mają pilnować porządku, karać tych, którzy dopuszczają się wykroczeń.

    Już ten fakt umniejsza ich trudnej służbie, że nie są tak zajebiście ważni i nie zajmują się rozbojami czy zabójstwami. Ale wolę, by jednak kontrolowali odśnieżenie chodników czy karali właścicieli psów z rozwolnieniem. Aby w trakcie policyjnego pościgu za rabusiem, stróż prawa nie wypieprzył się na kupie wprost w rozbitą butelkę po łajdackim chlaniu na ławce…

    P.S.: Żeby pozbyć się tego nadęcia, chwila rozluźnienia. Wiecie, że zabrzańscy strażnicy mają broń palną? Nie jest ona jednak na wyposażeniu typowych patroli, lecz skrzętnie przechowuje się ją na terenie komendy. – Obecnie praktycznie w ogóle jej nie wykorzystujemy – mówi komendant jednostki Jarosław Rajda. – Kiedyś w użyciu była praktycznie codziennie, kiedy ochranialiśmy konwoje z pieniędzmi i innymi wartościowymi przedmiotami należącymi do urzędu miejskiego.

    Teraz podobne usługi świadczą firmy ochroniarskie. – Mamy prawną możliwość wykorzystywania broni palnej również w trakcie ochrony obiektów użyteczności publicznej. Na co dzień jednak jedyny funkcjonariusz wyposażony w nią, to dyżurny – mówi komendant Rajda.

    Dodajmy, że strażnicy miejscy od pewnego czasu mogą być również wyposażani w paralizatory. W Zabrzu komendant zrezygnował jednak z tej opcji. – Stosunkowo rzadko w trakcie interwencji musimy używać narzędzi przymusu bezpośredniego – na przykład pałek. Po wydarzeniach na lotnisku w Vancouver (kiedy w trakcie nieudolnej interwencji służb bezpieczeństwa w wyniku użycia paralizatora życie stracił Polak – przyp. red.) doszedłem do wniosku, że przesadą byłby ich zakup. Zresztą – skąd mamy wiedzieć, czy osoba, którą obezwładnialibyśmy, nie ma wszczepionego rozrusznika albo chorego serca i zaraz może umrzeć? – dodaje szef strażników.

    P.S. 2: A jednak strażnicy mają trochę adrenalinki w pracy. Ot, w zeszłym roku rzucił się na nich rozjuszony zabrzanin wyposażony w metrową siekierę…

  • Grillowe rozwiązania: gdy jest ciemno

    Sezon grillowy wciąż trwa, ale z racji końcówki sierpnia coraz wcześniej robi się ciemno. Ochota na wspólne spędzanie czasu zostaje, ale świeczek w zasięgu ręki nie ma. Jak sobie poradzić?

    Spora część z nas ma w kieszeniach i torbach różnego rodzaju smartfony. Jedną z podstawowych aplikacji, którą instaluje się na początku posiadania telefonu, jest latarka. Snop światła jest jednak wyjątkowo skupiony i rażący oczy. Czym je rozproszyć? Wystarczy zwykły jednorazowy kubek. Światło nie oślepia, a wokół robi się jakoś jaśniej.

    Patent nie jest mój. Na pomysł wpadł inż. Wolański (www.wolanski.eu).

  • Dziewięć powodów dlaczego Blackberry 8520 Curve to najlepszy telefon na świecie

    Oto dziewięć foto-powodów dlaczego Blackberry 8520 Curve jest najlepszym telefonem na świecie:


    I ostatni wykonany aparatem wbudowanym w telefon:

     

  • Umarł król, niech żyje król – czyli shardac zmienił narzędzie – scyzoryk Victorinox dla Bundeswehry

     

    Wczoraj informowałem, że chcę zmienić to miejsce. Niestety w złośliwości WordPressa ten tekst pojawił się tuż obok analogowego zdjęcia zimowej ulicy Korczoka. Nie mam zamiaru modernizować tej ulicy, bo chyba nie mam takiej mocy sprawczej. Ba, od czterech lat walczę o światła na skrzyżowaniu ulic Korczoka z Wyciska/Kawika i konsekwetnie od czterech lat jestem spuszczany na drzewo.

    Pisząc o zmianie tego miejsca miałem na myśli zmianę bloga z fotozbioru na blog bardziej ogólnotematyczny. A skoro tak, dziś będzie o scyzorykach. Abstrahując jednak od nich, muszę jeszcze znaleźć oryginalne grafiki, żeby na czołówce www.franzke.pl zmienić to nieszczęsne „portfolio” na „blog”. :)

     

    Wracając do ostrzy. Od kilkunastu (!) już lat noszę przy sobie wszelkie ostre narzędzia. Kiedyś nosiłem nawet przy sobie pełnowymiarowe noże (z hiszpańskim Aitorem na czele, do którego mam gigasentyment), ale… ludzi nie uważają takich elementów garderoby za narzędzia, lecz broń. Krzywe spojrzenia, dziwne plotki i wreszcie kilkukrotne, drobiazgowe kontrole policji zniechęciły mnie do tego. Zawsze chciałem mieć porządnego foldera, ale albo jakoś nie było mnie stać, albo też nie miałem czasu na jego wytypowanie. W końcu dokładnie dziesięć lat temu wpadł mi w ręce scyzoryk wojsk holenderskich kupiony w sklepie militarnym Bryq’a w Bytomiu. Obecnie jest to towar skrajnie deficytowy na polskim rynku i gdy przyszła pora na odświeżenie kabury przy pasku (a swoją drogą ten nóż zabił trzy pokrowce z kolei – w tym dwa kontraktowe! – samemu nie mając śladów użytkowania!), musiałem szukać alternatywy.

     

    Pewnie nie musiałbym tego robić, gdyby nie usterka „holenderskiego” Victorinoksa – dwa lata temu pękła blokada głównego ostrza, tzw. liner-lock. Przy rozcinaniu kopert czy członkowaniu paczek w ogóle to nie przeszkadzało, ale gdy ostatnio obrabiałem kabel i prawie odciąłem sobie palec, uznałem, że czas najwyższy na zmianę.

    Jak już pisałem – następca tego scyzoryka jest poza zasięgiem polskiego internetu. Szukałem więc alternatywy i dzięki jednemu z taktyczno-lansiarskich forów padło na scyzoryk Bundeswehry, nazywany również „BW onehand” (a dlaczego nie „BW einhand”? ;)). Paczka przyszła dzisiaj i na razie jestem zachwycony.

    Co ważne – to również produkcja renomowanego szwajcarskiego Victorinoksa. Konstrukcyjnie nieco jednak się różni. Co pierwsze rzuca się w oczy to „oko” w ostrzu, które wyraźni wystaje poza obrys noża. Dzięki niemu nie ma problemów jednak z jednorękim otwieraniem głównego ostrza – przy odrobinie wprawy da się to wykonać nawet w rękawiczkach! Druga różnica, która na początku nieco mnie zatrwożyła, to ostrze częściowo ząbkowane. Co ważne ząbki pojawiają się na początku ostrza, a nie – jak do często bywa – jego końcu, tuż przy rękojeści. Obawiałem się, że z tego powodu nóż gorzej radzić sobie będzie z biurową taktyką, czyli walką z setkami listów, paczek, taśm i podobnych zagrożeń. Jak się okazuje – strach był bezzasadny. Okazuje się, że ząbki wręcz pomagają w walce chociażby z foliami stretch czy innymi współczesnymi wynalazkami. Łatwiej też będzie z cięciem twardych bułek, acz chyba nieco trudniej z obieraniem kabli. To jednak okaże się w dalszych testach.

     

    Trzecią różnicą jest… logo na okładzinie. Nie mamy już do czynienia z pięknym lwem na kotwicy, który zdobił holenderskiego „vicka”. Niemieckiego brata zdobi dumny orzeł, który mi niestety przypomina rzygającą wronę. To na szczęście nic nie tnie i nie rąbie. Reszta narzędzi – otwieracze do puszek i piwa (ajajajaj! :)), śrubokręty i małe ostrza, które służą do cholera wie czego – są identyczne.

    Zmiana scyzoryka EDC pozwala „Holendrowi” przejść na zasłużoną emeryturę. Trafi do samochodowego schowka i tam też będzie oczekiwać następnych – naprawdę świetnych lat.

    Czy to była dobra zmiana? Myślę, że tak. Sentyment kazał mi kupić holenderski scyzoryk i pewnie bym go nabył, gdybym zlokalizował choć jeden. Przez tą dekadę naprawdę spłacił się wielokrotnie – przeciął niezliczoną ilość papierowych przeszkód, obrobił kilkadziesiąt ogniskowych patyków, wybił kilka szyb i wycinał z samochodowych pasów. Teraz czeka go zasłużona emerytura, a koniem roboczym zostanie Niemiec. I oby żył kolejną dekadę.

    Swoją drogą serdecznie polecam użytkownika Allegro o nicku CombatRanger. Przegapił moje zamówienie i przez to delikatnie (!) opóźnił wysyłkę scyzoryka. Upomniany przeze mnie po dwóch dniach, przeprosił i w ramach rekompensaty wysłał mi… dwa scyzoryki (swoją drogą oba mają nieznacznie różne ząbki ostrza). Czyżbym miał dwadzieścia lat spokoju w zakupach? :)

    EDYTA:  Właśnie spostrzegłem się, że niemiecki scyzoryk ma jeszcze jedną różnicę wobec holenderskiego brata. Zamontowano w nim dodatkową piłkę do drewna, którą przegapiłem wczoraj. A pomyśleć, że wieczorem zastanawiałem się skąd różnica grubości obu scyzoryków. :)