szaleństwo w Warszawie, a tu SZYK sprzed lat

by shardac posted 13 listopada 2013 category a co mówię, komunikaty, opiniuje

Od wczoraj internet huczy warszawskimi zadymami. A dla mnie to wciąż efekt słabego prawa. Nigdy nikomu nie zabronię prezentować swoich opinii, poglądów czy haseł. Ale na wielu amatorskich nagraniach z zamieszek widać, że do grupy protestujących dołączyło wielu zapalonych piewców agresji, którzy do stolicy pojechali tylko, aby walczyć i bić się.

Tym samym skomplikowali sprawę nie tylko służbom porządkowym (również nienazbyt świętym), ale i organizatorom legalnego przemarszu. Do tego stopnia splątali , że podjęto decyzję o delegalizacji przemarszu.

I wtedy zacząłem żałować, że nikt nie strzela ostrą amunicją do najbardziej zażyłych manifestantów, którzy bili przypadkowych ludzi, fotoreporterów czy niszczyli własność.  Nawet jeśli stali się ofiarą prowokacji. Czyli… dali się sprowokować.

Przypomniało mi się moje stare opowiadanie, które jest poniżej. Trochę się go wstydzę, bo mimo wszystko powstało 5 lub 6 lat temu. Ale jakoś nie umiem się opanować.

SZYK

OBYWATELE, PROSZĘ ROZEJŚĆ SIĘ DO DOMÓW W CIĄGU DZIESIĘCIU MINUT. W INNYM PRZYPADKU ZOSTANIECIE ZATRZYMANI PRZEZ SŁUŻBY PORZĄDKOWE.

Kos poprawił pasek podtrzymujący hełm, który nagle i całkowicie bezpodstawnie zaczął się wrzynać mu w brodę. Zawsze tak się działo, gdy słyszał ten komunikat. Rozejrzał się leniwie po ciężarówce. Każdy z obecnych, identycznie umundurowanych typów patrzył dokładnie tak samo: z nudą, rutyną i… duszoną niepewnością. Niektórzy palili papierosy, inni pogwizdywali pod nosem stare melodie. Kilku rozmawiało cicho, choć ciasnota wewnątrz zabudowy wozu i tak dawała pogłos ich słowom – każdy słyszał wszystkich, a nie słyszał siebie.

OBYWATELE, PROSZĘ ROZEJŚĆ SIĘ DO DOMÓW W CIĄGU PIĘCIU MINUT. W INNYM PRZYPADKU ZOSTANIECIE ZATRZYMANI PRZEZ SŁUŻBY PORZĄDKOWE.

Doskonale wiedział, że taki komunikat to pic na wodę. W zawodzie pracował już drugi rok i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jeżeli ktokolwiek słyszał wśród tego tumultu i gniewnych okrzyków te dwa zdania, to już na pewno ich nie słuchał. Szkoda, to mogłoby oszczędzić wiele pracy.

Na szczęście procedury pół roku wcześniej bardzo się uprościły. Nie musieli zmęczeni po interwencji zawozić jeszcze podejrzanych do jednostki, spisywać każdego z osobna i zamykać. Teraz już było łatwiej. Jedno błogosławieństwo premiera i nagle fundusze, których nie można było znaleźć od wielu lat, znalazły się bez słowa. Pojawiły się nowe etaty. Wystarczyło nagranie. Poza tym dowodem nie musiało już być poświadczenie innych funkcjonariuszy o winie, jak wymagano wcześniej. Z resztą które poświadczenie było prawdziwe – każdy z plutonu mówił to samo: “Tak, to on przypierdolił Bartkowi sztylem od siekiery, panie inspektorze”.

OBYWATELE, PROSZĘ ROZEJŚĆ SIĘ DO DOMÓW W CIĄGU 90 SEKUND. W INNYM PRZYPADKU ZOSTANIECIE ZATRZYMANI PRZEZ SŁUŻBY PORZĄDKOWE.

Spojrzał na lewo. Tylko jeden człowiek w wozie nie był spokojny. Młody, ledwo przyszedł po szkoleniu. Pierwsza poważna interwencja, wcześniej tylko tłukli się pałami przy obstawie jakiegoś mieszkania, przygotowywanego  na przeszukania. Przestraszony spojrzał na niego.

– Pilnuj moich pleców. Spierdolisz – ja cię zapierdolę. Jeśli tylko zdążę przed ludem pracującym miast i wsi – Młody kiwnął głową, na twarzy mając na twarzy tylko głupawo rozwarte usta. Wyrobi się. Albo się nie wyrobi.

OBYWATELE, PROSZĘ ROZEJŚĆ SIĘ DO DOMÓW W CIĄGU DZIESIĘCIU SEKUND. W INNYM WYPADKU ZOSTANIECIE ZATRZYMANI PRZEZ SŁUŻBY PORZĄDKOWE.

– Nie dajcie się zabić, panowie – rozkazał dowódca ze złotą belką na czarnym kasku, po czym zasunął poliwęglanową osłonę na twarz. Reszta umundurowania była identyczna jak u reszty. Czarny kombinezon zasłonięty ochraniaczami na klatce piersiowej, kroku, nadgarstkach, łokciach, kolanach, wzdłuż kręgosłupa. W zasadzie wszędzie. Wysokie buty obowiązkowo świeciły się od kilogramów pasty i wielu godzin szorowania.

Każdy ze wychodzących samochodu miał własną teorię dlaczego tak bardzo się zmusza do dbania o buty. Jedni mówili o oślepianiu tłumu, inni o łatwiejszym czyszczeniu z krwi, jeszcze inni wspominali o strachu, jaki rzekomo ten błysk wywoływał. I zapewne każdy miał rację, choć tylko niektórzy znali prawdziwą i pierwotną przyczynę: kiedyś buty oporowe były na tyle drogie, że służba fundowała funkcjonariuszom tylko jedną parę. Trzeba było dbać – czyścić co chwilę, pastować, wreszcie naprawiać zaraz po tym, gdy zauważono usterkę. Buty się zmieniły – tradycja pozostała.

OBYWATELE, PROSZĘ POZOSTAĆ W MIEJSCU I NIE STAWIAĆ OPORU. ZOSTANIECIE ZATRZYMANI DO WYJAŚNIENIA.

Szybko uformowali dwuszereg. Tłum na ich widok odrzucił od razu transparenty, a porwał za gazrurki i sztachety. Zaczął nerwowo falować, mierząc wzrokiem odzianego na czarno przeciwnika. Bujał się niespokojnie wyczekując momentu, w którym albo jedni, albo drudzy ruszą do natarcia. Odległość raptem kilkunastu metrów wydawała się martwą strefą, przez którą przelecieć bała się nawet mucha.

Z jednej strony przezroczyste tarcze z dumnym napisem “służba porządkowa” i wybijające na nich rytm krótkie pałki. Z drugiej zaś tłum z pianą ściekającą z kącików ust, nienawistnym spojrzeniem i głośnym sapaniem.

Dowódca grupy uderzeniowej stał kilka metrów za dwiema równymi liniami. Rozejrzał się spokojnie, a potem tylko kiwnął głową.

Przeciągły syk. Czarni sprawnym, ledwo dostrzegalnym i szalenie płynnym ruchem podbili przyłbice na czoło i wciągnęli maski przeciwgazowe na twarze. Osłony twarzy zsunęły się dokładnie w tym samym momencie, gdy kilka pojemników zderzyło się z tłumem. Sprężony gaz pieprzowy momentalnie rozprzestrzenił się wśród protestujących. Nie zdążyli nawet zasłonić twarzy, gdy kilkanaście chromowanych rur wystrzeliwało w ich stronę gumowe pociski. Od razu rozpoczął się harmider. Wrzeszczeli od bólu wywoływanego kulami, duszącego gazu i strachu.

Część uciekała gdzie popadnie, totalnie nieświadoma czyhającego na nich korpusu wsparcia, który tylko rzucał ich na ziemię i skuwał paskami samozaciskowymi. Inni padali na ziemię kaszląc, jęcząc z bólu i przecierając sobie oczy. Wreszcie najmniej liczna grupa rzuciła się do ataku. Gdy tylko gorejący nienawiścią organ śmierci ruszył do natarcia, przezroczyste tarczy zwarły się bokami, jakby tylko do tego służyły. Wraz ze przybliżaniem się coraz bardziej rozpędzonego tłumu pochylały się do przodu. Funkcjonariusze zaparli mocno się na nogach, gotowi odbić to natarcie, jak i każde następne.

Kos kiwnął tylko głową do Młodego, a ten zwarł się cały za nim.

Zderzyli się. Chrzęst odbijających się razów zaimprowizowanej broni, gniewne okrzyki. Przepychanka. Tarcze coraz bardziej dążyły do poziomu, nie uginając się nawet milimetra. Przekleństwa i złorzeczenia. Wszyscy ustali. Tłum odbił się nieco, raptem na kilkadziesiąt centymetrów, może metr od linii zderzenia, by dokładnie w tym samym momencie cały pierwszy szereg przyklęknął na jednym kolanie, a świat wypełnił zmasowany huk kolejnych kilkunastu, kilkudziesięciu, może nawet kilkuset niegwintowanych rur prosto w brzuch, plecy, twarze najodważniejszych protestujących.

Drugiego natarcia nie było.

Zabrze, 2008 (2007?)

Leave a Reply