Romet 4e vel. Yogomo MA4E: największe motoryzacyjne kłamstwo, jakie widziałem

by shardac posted 19 listopada 2013 category a co mówię, drogowo, gadżety, opiniuje

OLYMPUS DIGITAL CAMERAZaczęło się sceptycznie: ot, kolejna motoryzacyjna ciekawostka, która póki co nie ma przyszłości. Ale dlaczego nie przejechać by się samochodem, który w końcu jest polskim produktem (co prędko okazało się kłamstwem)? A do tego jest elektryczny, więc od samego początku mamy pełny moment obrotowy, choć sam silnik nie imponuje mocą?

Entuzjazm rósł. Okazywało się bowiem, że to spartańskie, ale mimo wszystko przyjemne wozidełko. A przynajmniej na krótkich trasach.

Gdy wątpliwa pasja wzrastała, nagle okazało się, że… to najgorsze auto, z jakim miałem styczność. Byłem na nie do tego stopnia wściekły, że miałem szczerą ochotę faktycznie zasilić go benzyną. Nie jednak do jazdy, lecz… aby podlać nią całe auto, a potem podpalić.

Punktem wyjścia jednak powinna być kwota 32 tysięcy złotych. Powtórzę: 32 tysięcy polskich złotych. Tyle kosztuje podstawowa wersja Rometa 4e. Jeśli chcemy ją troszeczkę doposażyć, to koszt rośnie do 36 tysięcy.

Co jednak dostajemy w zamian?

Największe motoryzacyjne kłamstwo, jakiego byłem świadkiem.

Ale od początku. Producent twierdzi bowiem, że romet montowany jest w Polsce w systemie klasycznego w motoryzacji międzynarodowego łańcucha poddostawców komponentów. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nagle się okazało, że ten model jest rebrandowanym, chińskim Yogomo MA4E.
Dodam, że słowem-kluczem jest „chiński”. Bo jakość wykonania tego produktu znacząco odbiega od produkcji współczesnej, czy to zachodniej, czy nawet krajów dalekiego wschodu. Powiem więcej: to chińczyk w najbardziej klasycznej formie lat ’90: wykonany zupełnie bez jakiejkolwiek dbałości.

W rezultacie otrzymujemy samochód, którego najsolidniejszym i najestetyczniejszym elementem jest… znaczek Rometa na masce i kierownicy. Daj Boże, aby przynajmniej on został wyprodukowany w Polsce.

Jestem nietypowym kierowcą, bo dla mnie najważniejszy jest wygląd zewnętrzny samochodu.. Nie zważam aż tak na wnętrze, choć to w nim spędzam większość czasu bytności z samochodem.

Jeżeli staniemy w odległości 4 metrów od Rometa 4e, to naszym oczom ukaże nieco zabawna, ale mimo nienazbyt szpetna sylwetka auta. Wygląda troszkę niepoważnie, a jednocześnie jednak design jest na tyle ponadczasowy, że na pewno nie zestarzeje się przed… decyzją ewentualnych właścicieli o skasowaniu tego pojazdu. Tudzież o podpaleniu.

Diabeł zawsze tkwi w szczegółach. Jeśli zaczniemy podchodzić do samochodu – a naprawdę odradzam! – naszym oczom zacznie ukazywać się coraz więcej niedoróbek. Ot, maska, która dziwnie odstaje od samochodu i zmusza nas do sprawdzenia czy na pewno jest zamknięta. Kiedy ją odchylimy, to nagle… zaczyna opierać się o błotniki, kompletnie rujnując fatalny lakier. To pierwszy punkt, gdzie znalazłem rdzę na zaledwie rocznym samochodzie z przebiegiem 3 tysięcy kilometrów.

Próbujemy otworzyć drzwi. To następuje bez emocji, acz ich zamknięcie bywa trudniejsze niż ten sam manewr w moim 29-letnim trabancie, w którym tulejki zawiasów już dawno się wybiły.

Emocji dostarcza jednak otwarcie klapy „bagażnika”. Za każdym razem, gdy to robiłem, miałem wrażenie, że coś zepsułem. Zamek działa w specyficzny sposób – przekręcamy kluczyk i słyszymy bardzo groźnie brzmiące „cyknięcie”, które przypomina raczej uszkodzenie zapadek w zamku niż prawidłową pracą. Ale po tym groźnym manewrze miłe zaskoczenie – pokrywa to szklana tafla, która wygląda solidnie i estetycznie. Wokół jednak pojawiło się jeszcze więcej plam rdzy – trudno nawet orzec w jaki sposób, bo nie wyobrażam sobie, że w tak abstrakcyjnych miejscach można było uszkodzić lakier uderzeniami.

Tak naprawdę pozostaje nam teraz otwarcie klapki wlewu paliwa, pod którym kryje się gniazdo do ładowania z sieci 230V. W nim znalazłem nie tylko dość solidną zakrętkę, ale i kolejną rdzę. Biada jednak temu, kto się zamyśli przy próbie ładowania…
Klapka otwiera się bowiem tak szeroko, że jeśli mamy tylne drzwi otwarte i chcemy je zamknąć… to z impetem wali w klapkę. Aż strach, że zaraz odpadnie Ale tu się czepiam, racja.

A właśnie, auto ma czworo drzwi. W błędzie jest jednak ten, kto uważa, że można nim przewieźć czworo osób. Wedle uzyskanej w Polsce homologacji auto jest dwuosobowe. W testowym egzemplarzu mieliśmy jednak kanapę, a w zasadzie coś, co ją udaje. Nie odmówiłem sobie przewiezienia kogoś na niej. Za testera posłużył Maciek Jarzyński, który wygodnie się rozsiadł i jedyne, na co narzekał, to… oparcie kończące się na wysokości nerek.

Zadowolenie prysło, gdy zahamowałem (nawet niezbyt dynamicznie). Maciek nie dość, że spadł z kanapy, to jeszcze zabrał ze sobą w przestrzeń za fotelami oparcie, plastikowe siedzisko i… kabel do ładowania.

Przez 10 minut staraliśmy się poskładać to z powrotem. Choć chyba się jednak nam nie udało. W nowszych wersjach tego wyposażenia już nie ma. Mamy za to spory bagażnik (o pojemności 880 litrów, jak mówi producent), który jest kompletnie nieustawny. Do tego stopnia, że nie da się poprawnie postawić zgrzewki wody, nie mówiąc już na przykład o torbie ze sprzętem elektronicznym – np. laptoptem.

Wróćmy jednak do środka. Mój szef stwierdził, że plastiki powstały z zużytych opakowań po jogurtach. Są cieniutkie (każdy ugina się pod dotykiem!), a przy tym zaskakujące twarde. Co za tym idzie: błyskawicznie się rysują, nawet od przyłożenia paznokcia. Największym jednak minusem jest jakość spasowania elementów. Praktycznie żaden z nich nie pasuje do sąsiednich. Obok siebie widzimy plastiki tak ściśnięte, że aż zachodzące na siebie, oraz… kilkumilimetrowe szpary. Najładniej wykonany jest… czerwony grzybek, który stanowi rolę rajdowego „hebla”, odcinając całkowicie prąd w całym samochodzie. Całkiem rozsądne rozwiązanie, choć gdy nieopatrznie go wciśniemy (albo zrobi to złośliwy pasażer), to musimy przejść całą procedurę zapłonu od zera: wyjąć kluczyk, wsadzić, przekręcić na drugą pozycję, poczekać aż załaduje się sterownik i dopiero wtedy ruszyć. O ile oczywiście wcześniej nie zapomnieliśmy wrzucić luzu. Bo jeśli drążek został na D lub R – czeka nas powtórka z rozrywki.

Obok grzybka znajdziemy mały, zielony przycisk, którym możemy uruchomić tryb jazdy ekonomicznej. W trakcie normalnej jazdy samochód rozpędza się do prędkości oscylującej wokół 62 km/h. Zużywa jednak więcej prądu – wedle producenta zasięg przy pełnym naładowaniu to około 90 kilometrów. Po uruchomieniu trybu EKO prędkość graniczna ograniczona jest do 42 km/h (nawet gdy swobodnie toczymy się z górki!). Zasięg rzekomo wzrasta dwukrotnie. Ale o realnych wartościach nieco później.

W ramach wyposażenia otrzymujemy… dwa fotele, paskudną kierownicę (z estetycznym znaczkiem ROMETa), dmuchawę, radio i światła do jazdy dziennej. Ten ostatni patent wydawałby się rozsądny – w ciągu dnia możemy ich używać w trakcie jazdy, a jednocześnie zmniejsza się zapotrzebowanie na prąd. Byłoby to całkiem rozsądne, gdyby… światła te w ogóle działały! W żaden sposób nie udawało się uruchamiać, więc w ciągu dnia jeździłem raczej bez świateł, a wieczorami… widziałem tylko raptownie spadający poziom naładowania akumulatorów.

Niewiele więcej mogę powiedzieć o radiu. Pomimo mechanicznego wysunięcia anteny nawet przez chwilę nie udało mi się złapać ŻADNEJ stacji. ŻADNEJ.

Najwięcej doświadczeń – bo kilka minut – miałem z dmuchawą. Trudno nawet mówić o jej wydajności. Coś tam wieje, acz na pewno nie osusza zaparowanej szyby. Zresztą najpierw trzeba było ją uruchomić, a tu udało mi się po uderzeniu pięścią w przycisk, kiedy zirytowałem się na kilkukrotne, bezskuteczne naciskanie tegoż. Potem włącznik działał do czasu wpadnięcia w większą dziurę. Na szczęście procedura siłowa przynosiła zawsze skutek.

Producent jednak nie zaleca używania dmuchawy, bo jej apetyt na prąd jest nieograniczony. Radzi… otwierać okna, nawet w mrozy, gdy auta najbardziej parują.

Inna sprawa, że jazda w mrozy tym samochodem nam raczej nie grozi. Rometa testowałem na początku listopada, gdy temperatury oscylowały wokół 10 stopni na plusie. To wystarczająco dużo, żeby nawet najbardziej zarżnięte diesle nie marudziły przy odpalaniu (zostawiam tu otwartą furtkę dla mojej astry, która marudziła nawet przy 30 stopniach).

Już pierwszego dnia po przejechaniu 30 kilometrów udało mi się naładowany w 80% zestaw baterii doprowadzić do zera i zmobilizować odpowiednią ikonę na cyfrowej desce rozdzielczej do mrugania. Zrzucam to jednak na karb mojego braku umiejętności prowadzenia tego pojazdu. Z czego wynikała? Już wyjaśniam.

Samochód nie hamuje silnikiem. Jak wytłumaczył mi wspomniany Maciej, to przez brak układu rekuperacji. W tym miejscu Jarzyn skoordynował wykład o krasnoludkach, które przemieniają energię kinetyczną w potencjalną (lub na odwrót), a ta z powrotem ląduje w akumulatorach. Ja to uproszczę: silnik w Romecie działa tylko do napędzania. W większości elektryków może one jednak pełnić funkcję swoistej prądnicy, gdy spuszczamy nogę z pedału gazu. W rezultacie nie tylko samochód zaczyna hamować silnikiem poprzez opór tego urządzenia, ale również doładowywać akumulatory, co dałoby kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt procent zasięgu więcej.

Do braku oporu silnika szybko się jednak przyzwyczaiłem, bowiem podobnie jest w trabancie. Tamten silnik faktycznie hamuje silnikiem, ale nie jest jednak to dla niego zdrowe. Wszak w paliwie zawiera się olej smarujący motor, a gdy spuszczamy pedał gazu i nie wciskamy sprzęgła, do układu dociera go o wiele za mało.

Dlatego ja też próbowałem pokonać opór tej maszyny i wciąż wciskałem gaz. A było to bezcelowe. Wystarczy rozpędzić auto do wyznaczonej prędkości i potem odłożyć na bok prawą nogę. Samochód pcha bezwładność, a auto spowalnia jedynie opór opon (tanich, chińskich) i… praca niedopasowanych hamulców tylnej osi.

Trzeba jednak pamiętać, że Romet nigdy nie będzie demonem prędkości. Silnik ma bowiem 5kW, co w przeliczeniu daje oszałamiające… 6,8 konia mechanicznego. To właśnie w tym aucie dowiedziałem się jak stroma jest górka przy stadionie Gwarka Zabrze. Jaka górka, pytacie? No właśnie.

Specyficzne jest także ruszanie tym samochodem. Bez względu jak głęboko wciśniemy „przyspieszacz”, samochód nigdy nie ruszy dynamicznie. W zwykłym trybie jazdy rusza dostojnie, w ekonomicznym – ślamazarnie. Dopiero po pierwszych kilku obrotach dwunastocalowych kół auto zaczyna się rozpędzać nieco dynamiczniej i zaskakująco płynnie. To jednak zdecydowanie za późno: w trakcie testów spod świateł dwa razy objechał mnie maluch. W życiu nie sądziłem, że ich jeszcze tyle jeździ…

Tak słabemu silnikowi pracy nie ułatwia też waga auta, która sięga 840 kilogramów (włączając akumulatory). Kiedy więc zasiadłem do tego auta, sumaryczny ciężar niebezpiecznie zaczął się zbliżać do tony.

Tony, która była wyjątkowo trudna do udźwignięcia dla tego samochodu. Można było jednak się zaskoczyć samym prowadzeniem. Choć kierownica wyraźnie ma za duże przełożenie, a więc samochód staje się oporny przy manewrowaniu, to jednak trudno wytrącić go z równowagi w zakrętach. I to pomimo dość archaicznego zawieszona quazi-McPhersonów z przodu i belki z tyłu. Nie ma jednak róży bez kolców: tylna oś niemiłosiernie hałasuje na dziurach. To tego staccatto dochodzi jeszcze jęk tylnych hamulców bębnowych.

Zresztą to właśnie hamulce są jednym z najsłabszych elementów. Siłą rzeczy – z powodu braku podciśnienia w aucie – pozbawione są wspomagania. Ale to nie wszystko: nawet gdy staniemy na pedale hamulca, okładziny cierne na tarczach i w bębnach działają raczej jako spowalniacze. Pierwsze wrażenia są naprawdę zaskakujące i… przerażające.

Co jednak jest fajne w tym aucie? To świetne auto dla masochistycznie nastawionych ekshibicjonistów. Ci w końcu nigdzie się nie spieszą, więc na pewno nie spóźnią się takoż z powodu gwałtownego rozładowania baterii czy powolności auta. A jednocześnie wyzwolą pożądanie we wszystkich przechodniach i kierowcach.

Bo chyba nie było nikogo, kto przechodził koło tego auta obojętnie i nie przystawał choć na chwilę. Podobnie z kierowcami cywilizowanych aut – pokazywali podniesione do góry kciuki, uśmiechali się i gratulowali.

Zupełnie bez sensu.

P.S.: Słuchajcie najlepszego: mając połowę baterii wybrałem się z Zaborza do Rokitnicy (circa 10 kilometrów). Przejechałem nieco ponad połowę drogi, gdy nagle… auto się rozładowało. Resztkami sił, z prędkością oscylującą wokół 5 km/h, bez świateł dotoczyłem się do centrum, skąd sholował mnie kuzyn.

Całą drogę jechałem w trybie ekonomicznym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

4 Responses to Romet 4e vel. Yogomo MA4E: największe motoryzacyjne kłamstwo, jakie widziałem

  1. Nawet nie wiedziałem że taki doskonały bajer wyszedł i to jeszcze z „Polski”:). Świetny tekst, uśmiałem się w paru miejscach:)

  2. Bardzo dobry artykuł! Pracuję w firmie produkującej samochody elektryczne i jak pracownik mogę powiedzieć ze jest to jedna wielka żenada i ściema od baterii poczynając, które sa bardzo drogie, a zasięg każdego samochodu który zrobiliśmy nigdy spełni oczekiwań klienta. Już nie wspominając o cenie, gdzie pojazd który wygląda 100 razy gorzej niż ten Romet kosztuje ,,tylko” 2 razy więcej.
    Pozdrawiam

  3. haha :D no żal i tyle :)
    Miejsca jest jeszcze dużo. Ciekaw jestem co to za akusie. Przecież nie mogą być aż tak drogie żeby za wózek sklepowy i kilka akusiów po
    ~400zł (tyle kosztował 68Ah BOSCH kilka lat temu w detalu! takie coś pewnie mają po ~150) trzeba było kasować jakieś astronomiczne pieniądze! Blacha pewnie jak w Tico, tyle że ojca Ticuś jeździł ładnych kilka lat zanim zaczęły wyłazić bombie a nie bezczelnie gubić lakier płatami! :>
    Spasowanie – żal. Znowu Tico za grosze z przed miliona lat, lepiej wyglądało ;)
    Problemy z przełącznikami – zapewne zaśniedziałe lub już wypalone (:O) styki, które w Escorcie po ~15 latach dopiero zaczęły chodzić na energię kinetyczną :>

    A zasięg na działkę i nazat i to tylko w ciepłe dni, bez radia, świateł, nawiewu to kolejny bardzo nieśmieszny żart…

    Osobiście bym za te pieniądze kupił kilkuletnie zadbanego Dieselka (Clio II PH?) albo E39 530d jako rodzinny wóz. :P

  4. P.S.
    Sorry za gigantyczną ilość błędów i braków w przecinkach :P śmiało poprawiaj stylistykę bo już i wstyd…

Leave a Reply